Głębokość filmu

Jak głęboki musi być film, by zmieścić w sobie wszechobecnego boga i hektolitry łajna? W jakich jednostkach miary wyraża się głębokość filmu? Pomyślałam, że może stosunkiem… stosunkiem liczby wstrząśniętych do liczby oglądających. Dochodzenie jednak obaliło moją hipotezę z takim impetem, że się biedna rozsypała w drobny mak. Film, który mną potelepał, okazał się przeciętnym filmidłem, chłamem i „ale o co chodzi?” dla tak zwanego ogółu. Nie zgadzam się! Ludzie, co was dziś wstrząsa, skłania do refleksji, zmusza do myślenia?

Na szczęście nie raz już przekonałam się, że o głębi i jakości nie świadczy liczba osób, którym się podobało. Zwłaszcza, że dziś ludzie nie wiedzą, czy im się podoba, dopóki ktoś im tego nie powie. W ten sposób tworzy się hity. Spece obwieszczają, że oto zbliża się premiera czegoś, co jest dobre. No jak dobre, to dobre, musi się podobać. Winę ponosi ogromny dostęp do informacji, Internet. Samo zło. Z pozoru tylko Internet daje nam możliwość wyboru, nieograniczonego wyboru spośród całego ogromu propozycji. Możemy słuchać, oglądać, czytać do woli. Nie ogranicza nas czas ani przestrzeń. Z łatwością dostaniemy egzemplarz książki w oryginalnym języku, by odbioru nie psuły nam złe wibracje tłumacza. A i tak pospólstwo sięga wyłącznie po te propozycje, które mają najwięcej pozytywnych ocen, dużą liczbę wyświetleń, znajdują się na górze rankingów na najcośtam.

Efekt owczego pędu na masową skalę. Przykro mi panowie i panie, poddajecie się bezmyślnie manipulacji i pozwalacie sobie dyktować, co ma wam się podobać a co nie. Na dodatek prowadzi to do ogłupienia i już rzeczywiście nie wiecie, co jest w waszym guście, bo tego gustu nie macie. Warte uwagi jest tylko to, co hot, trendy, jazzy, groove, glamour i cholera wie, jakie jeszcze. Masa, stado, ogół. Tak łatwiej, nie trzeba myśleć. Tak bezpieczniej, nie trzeba narażać się na zbędne dyskusje. Dyskusja trudna rzecz. Trzeba używać argumentów, myśleć. A to boli.

Siedzę sobie spokojnie, oglądam film. Bo leci, to oglądam. Trzeba było iść w necie sprawdzić, czy warto w ogóle czas marnować. Dowiedziałabym się, że to film totalnie do kitu, mimo że obsada super. Dowiedziałabym się, że to najsłabszy film z De Niro. Dowiedziałabym się, że po prostu nie warto tracić czasu na oglądanie. Ale – ja biedna – nie wiedziałam tego wszystkiego, bo oglądałam, zamiast najpierw zasięgnąć opinii ogółu i dowiedzieć się, czy ma mi się podobać. Na moje nieszczęście film mi się spodobał, a potem się wkurzyłam.

„Stone” (2010) w reżyserii Johna Currana. W rolach głównych Robert De Niro, Edward Norton, Milla Jovovich, Frances Conroy. “Stone” to niewątpliwie trudny film. Trudny w tym sensie, że wymaga myślenia. Sądząc po niektórych komentarzach, jakie znalazłam w Internecie, mogło się to okazać zbyt trudną czynnością dla części widzów. Mieli bowiem problem z przyswojeniem dość prostych faktów. Nie powinnam się zatem dziwić, że nie przełknęli bardziej złożonych psychologicznych niuansów, które w tym filmie po prostu rządzą.

Jack Mabry (R. De Niro) jest kuratorem sądowym jedną nogą na emeryturze. Zajmuje się sprawą Stone’a (E. Norton) skazanego za podpalenie domu z zamordowanymi dziadkami w środku, który stara się o wcześniejsze zwolnienie. Stone’a w staraniach wspiera żona Lucetta (M. Jovovich). Zmagania Jacka obserwuje jego żona Madylyn (F. Conroy). Cztery postaci to chyba nie jest aż tak wiele do ogarnięcia? Każdy z czworga aktorów zagrał genialnie. To film dialogu, ale nie jest przegadany. Jest wiele niewypowiedzianych a zobrazowanych emocji. Trzeba obserwować bohaterów i wyciągać wnioski. Kiedyś się pisało charakterystyki postaci w szkołach. Ciekawe czy teraz również. Jak się okazuje, to trudna sztuka wywnioskować coś o człowieku na podstawie jego czynów, jeśli się nie ma gotowego dania podanego na tacy.

Jack Marby jest statecznym, doświadczonym pracownikiem sądowym. Jego kręgosłup moralny trzyma w pionie jego własna etyka wspierana przez wiarę w boga, która jednak u Jacka targana jest kryzysem. Ale zarówno Jack, jak i jego żona są aktywnymi członkami kościoła, czytają i interpretują „Pismo święte”. Jack na początku filmu jawi się jako oaza spokoju, poczciwy człowiek, sumienny, ciepły, obiektywny i fachowy. Idealny na stanowisku kuratora, który musi wyrażać wyważone opinie, od których zależy los podopiecznych. De Niro jest wyśmienity w tej roli.
edward norton
Postać Jacka konfrontuje się z więźniem, podopiecznym. Stone chce wyjść wcześniej z więzienia. Tymczasem niewiele wskazuje, żeby miał na to szanse. Jest porywczy i agresywny. Pierwsze spotkanie Stone’a z Jackiem przebiega burzliwie. Kurator jest pełen dobrej woli i otwarty na dialog, zaś jego podopieczny z góry zakłada, że jest na straconej pozycji i ta świadomość wywołuje w nim wzburzenie. Kurator stawia młodego przestępcę do pionu i podejmuje trud zapoznania się z jego sprawą i z nim samym, by obiektywnie ocenić poziom jego resocjalizacji i szanse na powrót do życia w społeczeństwie.

Stone na początku podchodzi do wcześniejszego zwolnienia jak do sprawy życia i śmierci. Dusi się w więzieniu. Opowiada, że jeśli nie wyjdzie, skończy ze sobą. Targa nim namiętność. Nie może doczekać się momentu, kiedy będzie mógł przelecieć swoją żonę. Norton jest niesamowity. Mówi jak biała imitacja czarnego gangsta, jest niezwykle wyrazisty, więzienny, zdeterminowany, nadpobudliwy, zagubiony.

Dostajemy zatem portret wyjściowy bohaterów. Ich losy zostały splecione. I – jak to w życiu bywa – ludzie mają na siebie wpływ. Mówią o tym głębokie filmy. Czasem nawet płytkie filmy o tym mówią, tylko może w bardziej banalny sposób. To niesamowite, w jaki sposób łączą się losy Jacka i Stone’a. Aż czuję podniecenie, gdy o tym myślę. Autor tej historii miał wspaniały pomysł. Jack gubi boga po drodze. Łamie swoje zasady, depcze je i oddaje na nie mocz. Trudno się facetowi dziwić. Jest prawie emerytem a kusi go ponętna i zdeterminowana Lucetta. On się w niej durzy, a ona próbuje na nim wymóc pozytywną opinię, która umożliwi jej mężowi wcześniejsze opuszczenie więzienia. Jack Marby traci spokój, zgubił go w momencie, kiedy poczuł ogień w lędźwiach. Jego kręgosłup moralny dostaje skoliozy. A wszystko przez spotkanie ze Stonem i jego żoną. Natomiast Stone wręcz przeciwnie – zyskuje na kontaktach ze swoim kuratorem. Wycisza się, odnajduje drogę do boga, spokój, choć to wszystko nie jest łatwe w warunkach więziennych i wymaga od niego pracy nad sobą. Kontempluje rzeczy ważne, wielkie i wykraczające, jak się okazuje, poza ograniczony umysł jego żony. Dostrzega jej niedoskonałość w momencie, kiedy jej doskonałością zachwyca się podgryzany przez robaka zepsucia kurator.

Wszystkie przemiany, które zachodzą w bohaterach, są widoczne, namacalne i świetnie zagrane przez aktorów. Oddziałują na relacje z najbliższym otoczeniem. Jak w życiu. Nikt nie jest wyizolowanym bytem. Ludzie się zmieniają, zyskują lub tracą, bogacą się lub nędznieją.

„Stone” to głęboki, fenomenalnie zagrany film. Nie przepadam za motywami religijnymi w filmach, bo zwykle są potraktowane płytko i mają proste zadanie indoktrynacji mas. Tutaj natomiast motyw boga ma określoną funkcję. Nie jest automatycznym dodatkiem do życia wiedzionego przez drobnomieszczaństwo. Jest czymś, co się drąży i rozważa.

Ludzie się zmieniają. Jeśli tylko chcą. Jeśli tylko spotkają odpowiednio silny bodziec na swojej drodze. Jeśli tylko ktoś będzie umiał odpowiednio ich zmanipulować. Zyskują nową perspektywę, lub tracą wolną wolę wyboru… Tracą zdolność do subiektywnej oceny. Łykają to, co bezwstydnie się przed nimi rozkracza, co się nazywa megahitem lub superprodukcją.

SHARE THIS POST

  • Facebook
  • Twitter
  • Myspace
  • Google Buzz
  • Reddit
  • Stumnleupon
  • Delicious
  • Digg
  • Technorati
Author: Xezbeth View all posts by

Leave A Response