Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet

Cóż mamy dziś na tapecie? Zestaw składający się z:
– trylogii „Millenium” Stiega Larssona,
– duńskiej adaptacji trylogii,
– amerykańskiej adaptacji pierwszej części trylogii.
Aby nikt nie czuł się pokrzywdzony (na przykład David Fincher, który zrobił tylko jedną część trylogii) wezmę w obroty wyłącznie „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”.

Stieg Larsson stworzył niewątpliwie coś niesamowitego, ale niepozbawionego wad. Nie ma co się jednak kłócić z rangą bestsellera, którą „Millenium” niezaprzeczalnie zdobyło. Muszę jednak od razu zaznaczyć, że styl pisarza, to NIE było to, co mnie urzekło. A może styl tłumacza. Trudno mi powiedzieć. W każdym razie zdania w książce są nieco toporne, a opisy tak dokładne, że niechby je szlag… Dowiadujemy się, co bohaterka kupiła w spożywcza ku, mimo iż nie ma to najmniejszego znaczenia dla fabuły. Wiemy, jakiej marki aparatem robiono zdjęcia, jakiej marki samochodem jeżdżono, jakiej marki pizzę jedzono. Co chwilę w mojej głowie rozbrzmiewało hasło „Audycja zawiera lokowanie produktu”. Nie mam pojęcia, po co to było. Ale trudno. Każdy ma jakiegoś kota.

Główny bohater powieści to dziennikarz Mikael Blomkvist. Można się w nim śmiało doszukiwać cech samego autora oraz tego, co o sobie myślał, jak siebie widział, jak chciał siebie widzieć. Pisarzowi tworzącemu taką postać trudno jest uniknąć inspirowania się samym sobą. Większość głównych bohaterów ma coś ze swojego twórcy. A w życiu Blomkvista widać pewne podobieństwa do losów Larssona.

Mikael Blomkvist w moich oczach jest człowiekiem pewnym siebie, pozytywnie usposobionym, pogodnym, nieco cynicznym i bardzo pragmatycznym. Łatwo nawiązuje kontakty, co jest nieodzownym atrybutem dziennikarza. Ma poczucie humoru i dystans do siebie. Nie zraża się trudnościami. Można odnieść wrażenie, że lubi dostawać po tyłku. Kobieciarz z niego na dodatek. Pewnie też bym mu uległa. Sam podkreśla, że jest stary… a jest ledwie po czterdziestce.

Na jego drodze staje młoda, aspołeczna dziewczyna. Dla mnie ta postać to mistrzostwo świata. Choć nie jestem obiektywna, bo to moja imienniczka. Lisbeth Salander jest hakerką, mistrzynią w dziedzinie researchu – potrafi dowiedzieć się wszystkiego o każdym. Zdiagnozowałabym u niej zespół Aspergera, gdyby mnie ktoś o zdanie pytał. Dziewczyna o wąskim gronie znajomych, stroniąca od ludzi, kontaktów z nimi, relacji, trzymająca na dystans nawet tych, którzy chcą się do niej zbliżyć z czystej sympatii. Jednocześnie działa niezwykle precyzyjnie, skrupulatnie, wręcz obsesyjnie drąży każdą pierdółkę. Jej atrybutem jest fotograficzna pamięć, która czyni ją wyjątkową.

Mamy Lisbeth, która nie pozwala się dotykać, ma ogromną potrzebę trzymania ludzi na dystans, jakby kontakt fizyczny typu poklepanie po ramieniu sprawiał jej fizyczny ból. Jest niezwykle nieufna. Taki dziki kot, który robi ludziom łaskę, że w ogóle jest, ale nie pozwala się głaskać. Jest harda. Niesamowicie bystra. Mamy Mikaela, który budzi sympatię nawet wtedy, gdy jest obcesowy, przekonuje do siebie ludzi. Jest wnikliwy, profesjonalny, duży nacisk kładzie na etykę i moralność, ale nie jest święty, po prostu jest prostolinijny. Kiedy Lisbeth i Mikael spotykają się, gdy splatają się ich losy, dzieje się rzecz niezwykła. Lisbeth nie ma ochoty przegryźć mu tętnicy za samo to, że jest, pozwala mu być w pobliżu, pozwala mu się dotknąć. Owszem – prycha, syczy i stroszy sierść na grzbiecie, ale… Mikael to olewa i wkracza do jej prywatnej strefy. Jednocześnie sam pod jej wpływem rozluźnia swoje zasady. Owszem – podkreśla, że je ma, ale toleruje fakt, że nagle stają się mniej ważne.

I to jest właśnie to! W tej książce jest mnóstwo niesamowitych spraw. Świetna jest historia rodziny Vangerów, świetna jest intryga dotycząca Harriet, świetny jest wątek seryjnego mordercy, sploty wydarzeń, poszlaki i dowody. To misterna robota. Na dodatek wszystko się trzyma kupy i to zupełnie naturalnie, nic na siłę. A uwierzcie mi, czytam książki bardzo wnikliwie. Ale… ale – to jest właśnie to! Relacja Lisbeth i Mikaela jest czymś totalnie, absolutnie fantastycznym. Ich relacje z otoczeniem, ich oczekiwania i przyzwyczajenia zobrazowane za pomocą ich relacji z innymi ludźmi w zderzeniu z tym, co dzieje się między nimi, zapiera dech w piersiach. To jest ten smaczek, który dodaje całości pikanterii, wyjątkowości, niezwykłości. Wszystko to jest bardzo dokładnie opisane. Larsson wchodzi głęboko w umysły i dusze swoich bohaterów. Mamy ich na talerzu, takich poporcjowanych, obnażonych, anatomicznie rozbebeszonych. Autor dużo miejsca poświęcił relacjom. Nie mamy żadnych wątpliwości co do charakteru każdej opisanej w książce. Każda z tych relacji jest jakaś. Konkretna. Określona. Taka jak trzeba. Właściwa, by wszystko trzymało się kupy.

To wszystko znajdujemy w adaptacji dzieła Larssona wyreżyserowanej przez Duńczyka Nielsa Ardena Opleva. Soczyście przedstawione zawiłości stosunków Lisbeth i Milaela, również stosunków seksualnych. Są to stosunki apatycznej, młodej ekscentryczki zwichniętej przez życie i zdziwionego faceta w średnim wieku, który ze wszystkimi chce się przyjaźnić. Oplev oddał bardzo wiernie fabułę i klimat książki. I dobrze zrobił. W końcu miał do czynienia z dziełem docenionym przez czytelników. Nie można tak po prostu wziąć i sobie pokombinować, psując to, co w dziele najlepsze, najważniejsze. W tym dziele zaś wszystko jest ważne.

Moim zdaniem na szczególne uznanie zasługuje odtwórczyni roli Salander – Noomi Rapace. Ponieważ Lisbeth jest postacią bardzo specyficzną, zagranie jej wcale nie było łatwym zadaniem. Łatwo to można było wyłącznie to schrzanić. Ale ona dała radę śpiewająco. Ani razu nie miałam ochoty jej skorygować, ani razu nie miałam pretensji, że coś skrewiła. Była w tej roli fantastyczna. Miała ten nieustający wkurw w oczach. Autentyczny wkurw, który determinował wszystkie jej relacje z ludźmi.

Nieubłaganie zbliżam się do adaptacji dokonanej przez reżysera Davida Finchera na podstawie scenariusza popełnionego przez Stevena Zailliana. Można zobaczyć niesamowitą, soczystą, nasyconą, naprawdę dobrze zrobioną… czołówkę, która na szczęście jest dość długa, więc odsuwa w czasie zbliżającą się katastrofę. Ale katastrofa nadchodzi. Dla mnie właśnie katastrofą jest film „Dziewczyna z tatuażem”. Nic nie zostało z klimatu powieści Larssona. Nic. Wyciachano wszystko, co nadawało tej historii smak. Spłycono wszystkie międzyludzkie relacje. Właściwie to ich tam nie ma. Są ludzie, którym się dzieje akcja a oni ze sobą powiązani są jedynie wydarzeniami. Jakby każdy z tych ludzi grał na osobnej scenie. Mikeal Blomkvist jest smutnym, zgnębionym życiem, zamulonym nudziarzem o fajnie wyrzeźbionym ciele. Lisbeth Salander jest przygłupią laską, która boi się ludzi i dlatego nie patrzy im w oczy, czasem fartem na coś wpadnie, ale to w zasadzie nie jest jej zasługa. Też ma fajne ciało i na tym kończą się jej zalety. Jedyny moment, w którym podoba mi się gra Daniela Craiga, to ten, w którym wychodzi przed chatkę i zastaje tam pociachanego kota. Jedyny moment, w którym podoba mi się gra Rooney Mara to… Yyyy… Nie, nie ma takiego momentu.

Największym zaskoczeniem był dla mnie finał filmu. Dlaczego mnie zaskoczył finał filmu, skoro przeczytałam książkę? Z pewnością zachodzicie w głowę. Otóż finał filmu zaskoczył mnie, gdyż był inny niż w książce. Ale rozumiem Finchera. Po prostu nie zmieścił się. I tak walnął 2,5h filmu. Gdyby jeszcze chciał zrobić porządne zakończenie, to by się biedny w dobę nie wyrobił. Dla mnie to totalnie poroniony pomysł zmieniać fabułę bestsellera, no ale ja nie mam doświadczenia.

Czytałam opinie widzów i nie byłam w stanie zrozumieć. Nadal nie rozumiem faktu, że amerykańska wersja jest oceniana lepiej niż duńska. A może amerykańska wersja jest stworzona dla mas, które nie są w stanie dostrzec i pojąć głębi wersji skandynawskiej. No bo skoro uznają wyższość filmu totalnie z owej głębi odartego, spłycającego wszystko co ludzkie, spłaszczającego wszelkie zawiłości, prostującego meandry ludzkiej duchowości i emocji, to do innych wniosków dojść nie można.

Według mnie, amerykańska „Dziewczyna z tatuażem” jest dla osób, które nie mają ochoty na wysiłek umysłowy, które nie lubią, gdy między bohaterami iskrzy, pojawia się prawdziwa chemia i które chcą sobie popatrzeć na sławnego faceta i laskę z białymi brwiami. Tyle. Wątek kryminalny też jest beznadziejnie okrojony, więc w ogóle nie wiem, po co to było… Natomiast „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” zarówno w formie filmu jak i książki to obowiązkowy punkt programu dla wszystkich tych, którzy nie lubią łatwych rozwiązań i wymagają czegoś więcej niż amerykańska superprodukcja. Na zachętę powiem, że trzy części duńskiej adaptacji zmuszona byłam obejrzeć jednego dnia, ponieważ nie mogłam się oderwać od telewizora, nawet siłą. W przypadku amerykańskiej adaptacji czas mi się dłużył i marzyłam, żeby mnie ktoś dobił.

SHARE THIS POST

  • Facebook
  • Twitter
  • Myspace
  • Google Buzz
  • Reddit
  • Stumnleupon
  • Delicious
  • Digg
  • Technorati
Author: Xezbeth View all posts by

Leave A Response