Recenzje

W rytmie hip-hopu / Save The Last Dance

Na całym świecie najbardziej popularną muzyką jest hip-hop. Również w Polsce ta kultura jest coraz bardziej widoczna. Ale o ile u nas ma jeszcze właściwie zabarwienie undergundowe, o tyle na świecie po prostu rządzi. I to od dość dawna. Z tego też powodu powstają również filmy inspirowane tymi rytmami. A ponieważ lubię czasami posłuchać takiej muzyki sięgnąłem po „W rytmie hip-hopu”.

Sara jest młodą, utalentowaną dziewczyną starającą się dostać do najlepszej na świecie szkoły baletowej. W dniu przesłuchania w wypadku samochodowym ginie jej matka. Dziewczyna postanawia rzucić balet. Musi przeprowadzić się do ojca, który mieszka dzielnicy czarnych. Sara trafia do szkoły, w której uczą się właściwie tylko Murzyni. Tutaj poznaje Chenillę, z którą się zaprzyjaźnia, a także jej brata Dereka. Jest też m.in. Nikki – była dziewczyna Dereka. No i Malakai, z którym kiedyś nowy przyjaciel Sary nieźle rozrabiał. Wygląda na to, że wszystko dobrze się układa, ale nie każdy przyjaźnie patrzy na związek białej dziewczyny z czarnym chłopakiem…

„W rytmie hip-hopu” to bardzo dobry film. Całkiem zręcznie opowiedziana historia uczucia rodzącego się pomiędzy Sarą a Derekiem potrafi przykuć uwagę widza. A ich walka z przeciwnościami z nie jednego oczka może wywołać łzę. Ale nie tylko z uprzedzeniami rasowymi muszą zmagać się zakochani. Derek staje przed poważnym problemem – czy powinien pomóc przyjacielowi, któremu wiele zawdzięcza, jeśli jest to niezgodne z prawem i niebezpieczne? Sara oskarża siebie o śmierć matki i nie może się z tym pogodzić. W dodatku jakoś nie udaje jej się znaleźć wspólnego języka z ojcem… Wiele dzieje się w tym obrazie na płaszczyźnie emocjonalnej. Naprawdę można się wzruszyć.

Całość została pokazana interesująco dzięki niezłej reżyserii i bardzo dobrym zdjęciom. Może tylko troszeczkę obraz jest za mało kolorowy – taki lekko stłumiony. Bardzo dobrze zostali dobrani aktorzy. Julia Stiles staje się coraz lepszą aktorką. Mimo, że nie przepadam za nią muszę powiedzieć, że zaczynam szanować ją za umiejętności aktorskie. Sean Patrick Thomas spisał się dobrze, a po Kerry Washington wcale nie widać, że to jej debiut.

Rozczarowała mnie w tym filmie… muzyka. Okazało się, że właściwie tytuł jest lekko mylący. Wrzucając płytę do odtwarzacza spodziewałem się, że z głośników popłyną dźwięki hip-hopu różnego i różniastego. I tu się lekko zawiodłem. Hip-hop jest, ale właściwie tylko w scenach związanych z tańcem. No i jakiś taki łagodny, a ja wolę troszeczkę ostrzejsze rytmy. Mówiąc krótko – za mało i za spokojnie. Ale za to mix muzyki baletowej z czarnymi rytmami daje radę.

Oprócz aktorów i muzyki kolejnym bohaterem tego tytułu jest taniec. I tutaj jest co podziwiać. Tzn. podobnie jak w przypadku muzyki uważam, że było tańca za mało, ale i tak ci, którzy chcieliby się podszkolić „w tym temacie” powinni sięgnąć po ten film jak najprędzej. Co prawda podczas scen w klubie troszkę za mało dokładnie widać co się dzieje, ale i tak jest nieźle.

Płyta DVD została przygotowana prawie w całości po polsku. Prawie, bo komentarz reżysera do filmu nie został przetłumaczony. Ale za to w usuniętych scenach i dwóch obrazach dokumentalnych (całkiem ciekawych) o kręceniu „W rytmie hip-hopu” mamy polskie napisy. Aha, jest też teledysk zawierający, co nie zdarza się często, specjalni do niego nakręcone sceny z udziałem aktorów z filmu. Zabrakło tylko not biograficznych o aktorach i twórcach tego tytułu.

Naprawdę rzadko zdarza się aby produkt dla wszystkich nie był jednocześnie produktem dla nikogo. „W rytmie hip-hopu” jest właśnie takim ewenementem – każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Każdemu ten film może się spodobać.

Reżyser: Thomas Carter
Scenariusz: Duane Adler, Cheryl Edwards
Muzyka: Mark Isham
Obsada: Julia Stiles, Sean Patrick Thomas, Terry Kinney, Fredro Starr, Kerry Washington
Produkcja: USA 2001

Moja ocena: 8,0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *