Terapia filmem – droga do szczęścia

Pewnego dnia budzisz się ze świadomością, że coś jest nie tak, coś nie leży, coś uwiera tak bardzo, że boli. Zastanawiasz się, czy tak musi być, czy może być inaczej. Czy warto walczyć, by było inaczej i czy starczy sił. A może jednak tkwić w niewygodnej pozycji, bo szkoda energii na przekręcanie się na drugi bok. Wszystko zależy od tego, jak bardzo to uwiera i od wysiłku, jaki trzeba włożyć w zmianę swojego położenia.

Mam taką przypadłość (upośledzenie), że w istotnych chwilach mojego życia, instynkt uwrażliwia mi się na znaki. Są wszędzie. Wszystko mi się kojarzy, wszystko mi podpowiada, wszystko pasuje, wszystko wskazuje drogę.

Życie pisze interesujące historie. Człowiek wprawdzie słabo uczy się na cudzych błędach i rzadko inspiruje się cudzym życiem tak wprost. Jednak cóż poradzić na znaki? Na mojej drodze stanęły dwa filmy. W zasadzie skrajnie różne. Obydwa oparte na prawdziwych wydarzeniach, obydwa oparte na kanwach powieści.

Pierwszą z powieści napisała Elizabeth Gilbert i nadała jej tytuł „Jedz, módl się, kochaj”. Film powstały w 2010 roku nosi ten sam tytuł. Główna bohaterka, Liz, to sama autorka powieści, gdyż jest to powieść autobiograficzna. Liz pewnego dnia orientuje się, że jej życie nie jest takie, jak by chciała. Męczyła się w nim i postanowiła to zmienić. Jej mąż powiedział „Nie chcę jechać do Aruby” na co ona odpowiedziała „Nie chcę być mężatką”. On próbował walczyć, ale ona nie dała mu szans. Była zdecydowana. To był koniec. Szybko weszła w następny związek, który również jej nie satysfakcjonował. Zostawiła więc następnego faceta, który przez chwilę również walczył, jednak bez rezultatu.

Liz wyruszyła w podróż. We Włoszech z grupą nowo poznanych ludzi, z którymi się szybko zaprzyjaźniła, poznawała język włoski (również ten niewerbalny) oraz kulinarne dobrodziejstwa kraju. W Indiach zagłębiała się w swoją duszę podczas medytacji. Natomiast w Indonezji, a konkretnie na Bali, starała się żyć zgodnie ze zdobytą w poprzednich miejscach mądrością.

Film „Jedz, módl się, kochaj” okazał się nie być hitem. Wielu widzów się rozczarowało, wielu nic z niego nie zaczerpnęło. Byli też tacy, którzy seans przypłacili irytacją, jeśli nie czymś więcej. Dla niektórych Liz jawiła się jako niedojrzała, egocentryczna latawica, która wykorzystywała ludzi i na dodatek czerpała z tego przyjemność. Irytuje widzów fakt, że zamiast walczyć o swoje małżeństwo, które przecież było dobre, po prostu uciekła. Tak, uciekła. Nie wyjechała, nie wyruszyła w podróż, nie odeszła nawet, tylko uciekła. Tchórzliwie i egoistycznie.

Nie mogę oceniać tych, którzy film ocenili negatywnie, a w zasadzie postawę głównej bohaterki, bo tych wszystkich ludzi nie znam. Jednak z doświadczenia wiem, że czasem tak jest…, nawet coś, co jest pozornie dobre, potrafi boleśnie uwierać. Dlatego jestem daleka od oceniania bohaterki a tym bardziej autorki książki, czy miała prawo wiać od męża gdzie pieprz rośnie i bawełna, czy powinna zostać i bohatersko stawić czoła swoim wydumanym (w opinii widzów) problemom małżeńskim.

Jak wspomniałam, mnie się włączył radar czuły na znaki i przesłania. Dlatego też obejrzałam ten film z pewną dozą ekscytacji. Nawet nie zauważyłam, że jest nudny (ponoć) i przydługi. Po prostu w trakcie oglądania dumałam nad swoim żywotem, swoją ucieczką, tudzież podróżą czy innym uwieraniem. Nie jest łatwo zmierzyć się ze swoją historią. Nie jest łatwo, gdy ma się wątpliwości, orzec z całą pewnością, że gdzieś jest moje miejsce lub przy czyimś boku. Jeśli pojawiają się wątpliwości, to bez względu na powody ich nadejścia, jest to trudny moment dla człowieka. Dlatego też nie wnikam, czy Liz miała poważny powód, by się rozwieść. Jej życie ją bolało i nie chciała brać kolejnego Apapu. Wielu ludzi bierze. W końcu środki przeciwbólowe przestają działać nawet mimo zwiększenia dawki. I ból znów boli. Nie wszyscy – na szczęście – mają potrzebę bycia mistrzem w dziedzinie dożywotniego ignorowania bólu i tkwienia w pozycji sprawiającej ów ból.

Interesujący jest motyw podróży. Podróż jest metaforyczna. Życie jest podróżą. Dążeniem do odkrycia ‘swojego słowa’. Podczas tej podróży zastanawiamy się, lub nie, kim jesteśmy i po co jesteśmy. Niektórym wystarcza dryfowanie. Inni chcą czegoś więcej – świadomej wędrówki przynoszącej satysfakcję. Nie chcą „wiecznie na coś czekać”. Chcą żyć tak, żeby życie stanowiło wartość dla nich samych, by nie budzić się co dzień w atmosferze rozczarowania i wątpliwości. Decyzja o wyruszeniu w tą podróż bywa najtrudniejszą w życiu. To decyzja o zaprzestaniu dryfowania, o wzięciu życia w swoje ręce i przyjęciu odpowiedzialności za nie, rozpoczęciu poszukiwania własnego ja.

A miłość? Bywa. I nie zawsze jest łatwa, sielankowa, otulona różową chmurką, wieczna. Jedna z bohaterek mówi: „Miłość jest straszna, niebezpieczna. Mnie też to spotkało.” To nie zawsze jest coś, co uszczęśliwia i czemu warto poświęcić życie.

Każda podróż powinna edukować. To poszukiwanie sensu życia. Bezrefleksyjne sunięcie z sensem nie ma nic wspólnego. Powinniśmy się uczyć od siebie i od ludzi, których napotykamy na swojej drodze podczas tej podróży. Banalne? Jak często zastanawiasz się, jakie znaczenie dla twojego życia ma ta czy inna osoba, niekoniecznie ktoś z rodziny, przyjaciel, bliski znajomy. Jakie znaczenie ma ten obcy, który uśmiechnął się do ciebie podczas spaceru, fryzjerka, która skomplementowała jakość twoich włosów czy pan w warzywniaku, który dorzucił kilka czereśni od serca? Idziesz przez życie patrząc na koniec swojego nosa czy rozglądasz się dookoła?

O tym, jak trudna potrafi być droga do szczęścia, mówił drugi film, który stanął na mojej… drodze do szczęścia. Nie wybrałam go, to on wybrał mnie. „Długi marsz” Sławomira Rawicza został zekranizowany pod tytułem „Niepokonani”. Autor książki nie jest jej autorem, gdyż została napisana przez ghostwritera. Poza tym wyszło na jaw, że to nie jego historia, tylko Witolda Glińskiego, co do czego też nie można mieć 100% pewności. Tak czy owak jest historia.

Film „Niepokonani” to historia ucieczki. Grupa więźniów ucieka z sowieckiego gułagu. To więźniowie o różnej narodowości i przeszłości. Łączy ich determinacja i pragnienie wolności. Przemierzają Syberię, Mongolię, pustynię Gobi, Tybet, Himalaje, docierają do Indii. Przemierzają w sumie 6 000 km w większości w morderczych warunkach. Walczą o życie. Nie wszyscy tę walkę wygrywają. Ich wędrówka jest dramatyczna i inspirująca jednocześnie. Gdy uciekinierzy uświadomili sobie, że uciekli, marzyli, co teraz będą robić. Janusz – główny bohater – oznajmił: „Będę dalej szedł… aż do końca.”

Jeśli kiedykolwiek wyda mi się, że mi ciężko, przypomnę sobie jak padali po drodze z wycieńczenia, odwodnienia i głodu. Jeśli kiedykolwiek będę miała ochotę stanąć w pół drogi, rozpłakać się, że nie mogę dalej, przypomnę sobie, jak w środku pustyni zostawili bezpieczną przystań przy źródle i powędrowali dalej – do celu! Do wolności.

Napisałam na początku, że to dwa diametralnie różne filmy. Bo cóż z tego, że obydwa są o wędrówce, drodze, ucieczce, skoro… są diametralnie różne. Liz ucieka od swojego życia. Bada, szuka, usiłuje dowiedzieć się, czego szuka, do czego ucieka. Film jest w gruncie rzeczy jasny i kolorowy, pozytywny. Więźniowie gułagu uciekają do wolności. Mają na horyzoncie wyraźny cel i do niego dążą, nie oglądają się za siebie. A sam obraz jest ciężki, bolesny, surowy i na każdym kroku odbierający nadzieję.

Wiem jedno, trzeba iść. Największym grzechem jest stanie w miejscu.

SHARE THIS POST

  • Facebook
  • Twitter
  • Myspace
  • Google Buzz
  • Reddit
  • Stumnleupon
  • Delicious
  • Digg
  • Technorati
Author: Xezbeth View all posts by

Leave A Response